Felietony i Porady

Agnieszka Chrzanowska

Dodano 6 sierpnia 2013 07:08, przez Joanna Daniło
Agnieszka Chrzanowska

 Piosenki piszą mi się niejako same. Wywiad z Agnieszką Chrzanowską – piosenkarką, aktorką, autorką muzyki i tekstów.

- Skąd tyle poezji w Pani życiu?

Pięknie brzmi, to co Pani mówi… ja czuję jednak, że wciąż za mało, nie jestem zadowolona z proporcji stosunku prozy do poezji.

- Czy oddziaływanie krakowskiego splinu miało wpływ na kierunek, który Pani wybrała w muzyce, piosence?

Od kiedy pamiętam, układałam swoje melodyjki, czułam niechęć do wykonywania uznanych utworów muzycznych, po wielokroć przywoływanych przez niezliczone rzesze wykonawców. Gdy miałam może dziesięć lat mój stryj, Kuba Chrzanowski, podczas jednego ze spotkań rodzinnych, poprosił bym coś zagrała. Zagrałam i zaśpiewałam swoją piosenkę z własnym tekstem.

Pamiętam, że stryj był bardzo wzruszony, podejrzewam, że moją nieudolnością wydobywania głosu, bo zaraz potem załatwił mi lekcje śpiewu w teatrze w Częstochowie, ale też zapowiedział, że jak dorosnę to przedstawi mnie Piotrowi Skrzyneckiemu. Tę drugą propozycję przyjęłam bez entuzjazmu, choć mogłam przypuszczać, że musi się za tym kryć coś niecodziennego, bo całe życie mojego stryja było niezwykłe.

- Wyłania się z Pani słów bardzo interesująca postać człowieka – autorytetu…

Zaczynał jako solista zespołu Śląsk, potem tańczył w Mazowszu, a  potem był w zespole grupy tanecznej Bejarta i ciągle albo właśnie wyjeżdżał na tournee, albo z niego wracał.

Wsłuchiwałam się w jego opowieści o występach przed Królową Elżbietą II albo Księżną Monaco, o przyjaźni z Polańskim i Waldorffem. Patrzyłam na jego życie jak na bajkę, w której chciałam widzieć siebie jako jedną z bohaterek. Gdy dorosłam, mojego stryja nie było już jednak na świecie i nie mógł spełnić swojej obietnicy. Szkoda, bo  okazało się, że to co pisałam, właściwie tylko w Piwnicy, mogło być zaśpiewane.

Stryj wiedział  o tym znacznie wcześniej niż ja. Teraz trzeba było tylko się w niej znaleźć.  Niezwykły przypadek sprawił, że  mogłam przedstawić Piotrowi  Skrzyneckiemu kilka swoich kompozycji. Piotr przesłuchał mnie i przyjął do zespołu.

Nie dopasowywałam siebie do Piwnicy, dopasowałam Piwnicę do siebie. Nigdy nie dokonywałam wyboru kierunku w muzyce, piosenki piszą mi się niejako same. Nigdy niczego nie zakładałam. To co natomiast zawsze było dla mnie istotnie, to jakość tekstu i próba harmonijnego połączenia go z muzyką, rytmem i wykonaniem.

- Podobno „Piwnica pod Baranami” pozostawia niezatarte ślady w karierze artystów? Czy odczuwa to Pani na własnej skórze?

Czasu w Piwnicy nie zamieniłabym za nic. Można było rano w sobotę napisać piosenkę, a wieczorem na Kabarecie ją zaśpiewać. Każdy wieczór kabaretowy był inny, niepowtarzalny. Poznałam mnóstwo ludzi, zagrałam mnóstwo koncertów. Przeprowadziłam z Piotrem kilka naprawdę ważnych rozmów, które pomogły mi ułożyć myślenie o sprawach nie tylko zawodowych, ale i prywatnych. Mam świadomość, że postrzeganie Piwnicy jest bardzo różne i choć już wielu lat tam nie śpiewam, to wciąż trudno mi jest wskazać inne równe niezwykłe miejsce. Oczywiście zaszufladkowanie może powodować i wiele razy powodowało, że ludzie byli zaskoczeni tym co słyszeli na moich indywidualnych koncertach. Naprawdę każdy artysta piwniczny ma więcej barw niż może zaprezentować na przedstawieniu kabaretowym, trzeba tylko chcieć słuchać.

- Pani dziadek pochodzi z Grecji. Czy grecka kultura, muzyka jest Pani bliska i ma wpływ na twórczość?

Bardzo wolno rodziła się we mnie myśl o dopuszczeniu do głosu moich greckich korzeni. Długo tłumiłam je w sobie, początkowo nawet negowałam, aż w końcu kilka lat temu postanowiłam się z nimi „rozprawić”.  Wyraziło się to w charakterystycznej rytmice, harmonii, melodyce i charakterze tekstów. Wszystkie te elementy raczej w luźny sposób nawiązywały do muzyki greckiej, a nie były na niej wzorowane. Powiedziałabym, że były greckie w  jednej czwartej, tak jak ja. Mówię dosłownie o kilku utworach: „Grecja to ja” i „Hypatia”  z albumu „Tylko dla kobiet”, „Helleński wawrzyn” i „Harmonia” z albumu „Ogień Olimpijski” i z najnowszego albumu, którego premiera planowana jest na listopad „Niebo ciągle nade mną”.

 - Czy to tylko sentymenty czy coś konkretniejszego w Pani twórczości?

Na około dwieście napisanych piosenek to nie dużo..., ale za to był taki moment szaleństwa, kiedy przez kilka miesięcy tłumaczyłam wraz z greckim poetą Sotirisem Giftakisem i Kostasem Sarafantonisem kilkanaście utworów na język grecki, po to by pod wspólnym tytułem „Mono yia tis ginekies” wydać je w  Grecji. Wciąż jeszcze tego pomysłu nie sfinalizowałam, ale mam nadzieję, że to nastąpi. Natomiast ze względów sentymentalnych zdarza mi się kończyć koncert jedną z pieśni greckich, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa, kiedy to odwiedzałam mojego dziadka Leonidasa w pięknym mieście Kavala. Mam dwie ukochane – „Mi mou thimonis matia mou” Stavrosa Kougioumtzisa i „S'agapo yiati ise orea”, tradycyjną pieśń Greków mieszkających na terenie Azji Mniejszej do pierwszej dekady dwudziestego wieku. 

Oczywiście jest kilka utworów, które w Grecji zostały napisane podczas niczym nie dającego  się zastąpić wylegiwania się na gorącej plaży. W takich okolicznościach właśnie spadł mi z niebieskiego nieba w miejscowości  Mirtos  „Skarb”, który znalazł się na poprzednim albumie „Bez udziału gwiazd” i już tu wspomniany utwór „Niebo ciągle nade mną”, ten z kolei stworzony w miasteczku Rethymnon.

- Wydała Pani dotychczas sześć solowych albumów, znaczy to, że piosenka poetycka ma się dobrze?

Gdybym musiała się jakoś określić, to powinnam przyznać, że sięgnęłabym po termin „piosenka autorska”, nazwa  „poezja śpiewana” trochę mnie uwiera. Częściej zresztą  zdecydowanie piszę muzykę do tekstów, a nie do wierszy. Właściwie najchętniej to bym nazwała te moje utworki „normalnymi piosenkami”, albo „zwykłymi piosenkami” albo ostatecznie ”piosenkami z tekstem”, ale jak się zapewne Pani domyśla to chciałabym uciec od określeń, bo sprawia mi trudność znalezienie właściwego.

Czy to co robię ma się dobrze... trudno powiedzieć, w każdym razie odzew wiernych słuchaczy zawsze był szeroki po każdym albumie,  szybko wyczerpywał się nakład, a że tajemnicą jest dla mnie system dystrybucji to właściwie ciągle mam poczucie że tych moich płyt jest za mało.

A najważniejsze i co  z przyjemnością obserwuję, to fakt, że jest naprawdę spore grono osób poszukujących treści, lubiących pomęczyć się trochę z tekstem, potrzebujących paru momentów refleksji. Czasami po koncertach rozmawiam z widzami kilka godzin i to jest naprawdę piękne, często mówią mi, że poprawiłam im nastrój, a to zawsze było moim celem.

-  O czym jest najnowsza płyta? Podobno o mężczyznach, dlaczego?

Początkowo postawiłam sobie zadanie poprawiać nastrój kobietom i powstał album „Tylko dla kobiet” i cykl koncertów pod tym samym tytułem, potem w koncercie „Skąd się biorą mężczyźni” omawiałam między innymi główne cechy natury męskiej i próbowałam doprowadzić do podpisania aktu „Porozumienie płci”, a od niedawna próbuję kierować swoje utwory do obojga płci, nawołując do wzajemnego wnikliwego poznania odmienności natury kobiety i mężczyzny.

- W Pani śpiewaniu było więcej tekstów stworzonych przez mężczyzn, prawda?

W moim śpiewaniu były też dwie poetki – Józefa Latos i Wisława Szymborska, ale rzeczywiście był też, Tomasz Adamski, Krzysztof Sikora, Włodzimierz Dulemba, Kamil Śmiałkowski, Czesław Miłosz, Bolesław Leśmian no i najważniejszy, Michał Zabłocki, bez którego nie byłoby bardzo, bardzo wielu moich piosenek. Jako młoda osoba napisałam kilka tekstów, jak każdy, potem tak los sprawił, że Piotr Skrzynecki poznał mnie z Michałem i zdecydowanie należało zamilknąć. Teraz od kilku lat po prostu nie mogę się powstrzymać, frazy same się układają. Trudno jest wyrazić to co chce, właściwie niczego nie da się zawrzeć w słowach dokładnie tak jak się czuje, wszystko się wymyka, wszystko jest tylko mniej więcej albo prawie tak, ale miło jest próbować.

  - O czym Pani śpiewa „do mężczyzny”?

Skoncentrowałam się między innymi na  wszystkim co przeszkadza w komunikowaniu się obojga płci. Bardzo istotny w tym kontekście jest utwór „Równolegle w przestrzeni”, mówiący o uprzedzeniach, nieuprawnionych ocenach, poglądach, czyli tak naprawdę własnych ograniczeniach generujących niezliczoną ilość nieporozumień, które nawarstwiając się tworzą mur. Bardzo lubię „Ciągłość rozmowy”, o rozmowach w emocjach, bez logiki, stylistyki i gramatyki. Gdyby ktoś próbował takie rozmowy zapisać, miałby kłopot. „Senne koszmary” zwracają uwagę na manipulacje, które nazywam „czarami”, a które stosują wobec nas rozmaite autorytety, by nie dopuścić do samodzielnego analizowania przez nas świata. „Zarozumiałość, pycha, obłuda” - tu nie trzeba wiele tłumaczyć, można tylko dodać „mogą naprawdę zdziałać cuda”.  Oczywiście jest też radość z wspólnego przeżywania świata w piosence „Słońce dnia” i moje ulubione wyznanie „Tak jak Ty, nigdy nikt” - „...sen każdy blednie, kiedy znów wstaje dzień , dech zapiera każde słowo, każdy gest”

- Jakiego poetę najlepiej się Pani śpiewało, kto jest najbliższy Pani duchowo?

Tu musimy wrócić do Michała Zabłockiego. Pierwsze teksty Michała, do których napisałam muzykę, to były teksty odrzucone przez innych artystów, potem Michał pozwolił mi kompilować swoje wiersze, potem, kiedy trochę mnie poznał, napisał sporo tekstów bardzo zgodnych ze mną. Najciekawsze dla mnie było przetwarzanie w wiersz przez Michała naszych rozmów o sprawach, które nas aktualnie zajmowały. Jest też kilka wierszy, których powstanie było przeze mnie wymuszone. Najdłużej chyba prosiłam Michała o zwrócenie uwagi na niezwykłą rzeźbiarkę „Camille Claudel”, półtora roku nacisków zakończonych wyjazdem do Paryża. Tam wreszcie powstał tekst, nie  mogło być inaczej, po tym jak zobaczył jej prace. 

- Jaka jest Agnieszka Chrzanowska bez muzyki i poezji? Czyli co lubi robić gdy nie  pisze tekstów i nie śpiewa?

Gdybym tylko mogła, to leżałabym na jakiejś greckiej plaży i nic bym nie robiła. Niezbyt oryginalne. Poza tym naprawdę uwielbiam spotkania z ludźmi, z którymi rozmowa toczy się zaskakująco, szybko, dowcipnie, interesująco, porywająco. Już chciałam powiedzieć, że ostatnio miałam kilka takich rozmów, które stały się inspiracją do napisania kilku kolejnych piosenek do recitalu i albumu „Mężczyzna prawie idealny”. W tę rolę wcieli się aktor obdarzony głosem Artur Gotz i zaśpiewa o „Mężczyźnie nawróconym”, „Mężczyźnie nienasyconym”, „Obecnym narzeczonym”, „Milonerze” i „Alergiku”. I zdałam sobie sprawę, że kiedy nie piszę, to dni są takie jakieś stracone.  

- Co lubi Pani nosić na scenie, a co poza nią?

Podczas pracy nad pierwszymi recitalami w Piwnicy wnikliwie analizowałam koncepcję stroju scenicznego. Początkowo występowałam w czarnej jedwabnej sukni, której forma była niezwykle prosta, można by ją określić jako „długą Chanel”. Mogłam w niej zaśpiewać każdą z moich piosenek. Potem na jednej z sukni projektantka Jagoda Kursa wymalowała tekst piosenki „Zbłąkany list”, przepięknie to wyglądało, ale oczywiście nie jest możliwe by mieć suknie z tekstem do każdej piosenki, więc skupiłam się po prostu na czerni. Zazwyczaj są to spódnice do kostek, odpowiednie bluzki i tak zwane płaszcze sceniczne, które wynajduję w małych greckich butikach i dzięki temu są naprawdę niepowtarzalne. Projektuję też sama i zlecam wykonanie bardzo zdolnym Paniom z pracowni krawieckiej z ulicy Berka Joselewicza na krakowskim Kazimierzu. Rzeczywiście można powiedzieć, że to co napisał Michał w jednym z wierszy -

„I ubieram się na czarno i zapinam się pod szyję

Choć z upału i gorąca czasem ledwie żyję

 Suknia długa, aż do ziemi nie odkrywa skraju stóp

I tak będę chodzić chyba, całe życie, aż po grób”

- bardzo dobrze mnie określa.

- Nie czuje Pani potrzeby korzystania ze stylisty?

 Wyjątek zrobiłam tylko dla stylisty Tomka Gąsienicy - Józkowego, który na sesję zdjęciową do albumu „Piosenki do mężczyzny” i na plan teledysku do pierwszego utworu singlowego „Budzę się”, przywiózł bardzo piękny, ale bardzo krótki płaszcz autorstwa Natashy Pavluchenko. To był jedyny raz, kiedy odważyłam się pokazać kolana...

Poza sceną lubię rzeczy wygodne, ale w przeciwieństwie do strojów scenicznych nie unikam kolorów. Większość tego, co mam w szafie, to rzeczy mało znanych w Polsce greckich projektantów, nikomu pewnie nic nie mówi nazwisko Samanthy Sotos, a jest wspaniała!    

- Nie mogę nie zapytać o miłość do zwierząt. Jest pani bardzo twardo stąpającą po ziemi Poetką, skoro potrafi Pani uczestniczyć w akcjach interwencyjnych. Dlaczego?

Bałabym się powiedzieć o sobie, że jestem poetką, ewentualnie autorką tekstów, a jeśli chodzi o zwierzęta, to jest to naprawdę szeroki temat. Jest wiele osób, które poznałam na przestrzeni ostatnich lat, a które z nieprawdopodobnym zaangażowaniem, cierpliwością i determinacją robią co się da, by choć trochę poprawić los tych wspólnie żyjących z nami na ziemi istot.

Jest wspaniała dziennikarka Magda Hejda, która w Telewizji Kraków prowadzi program „Kundel bury i kocury”, wolontariuszka Beata Porębska, która działa w krakowskim Schronisku i Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami, dziewczyny ze Stowarzyszenia Obrona Zwierząt i wiele, wiele innych. A jeżeli ktoś z nich uważa, że może będzie dobrze, jak w jakiejś akcji weźmie udział więcej osób i zadzwoni po mnie, to ja zawsze bezwarunkowo pojadę.

- Tak, bo nad losem zwierząt nie tylko należy zapłakać, ale trzeba konkretnie działać i Pani to czyni.

Gdy trzeba, zbieram podpisy pod listami, petycjami, piszę do prezydenta i premiera, czasami mój dom jest domem tymczasowym dla jakiegoś psiaka. To są drobne rzeczy w porównaniu z tym, co robią  inni w trybie codziennym. Kiedy prowadziłam audycję radiową „Nieobojętna częstotliwość drgań” w Radiu Kraków, mogłam w „Minucie dla zwierzaka” podejmować bieżące sprawy na przykład adopcji, a po koncertach Radiowego Teatru Piosenki, który prowadziłam, robić licytacje na rzecz pro zwierzęcych organizacji. Niestety zmienił się zarząd i nastąpiły zmiany...

Został tylko przepiękny projekt kostiumu teatralnego z 1986, wielkiego polskiego scenografa Jerzego Skarżyńskiego do spektaklu „Dwaj panowie z Werony” wystawianego w Starym Teatrze, podarowany mi przez żonę Pana Jerzego, Alinę. Jest to rzecz unikalna, a osoba, która chciałaby go kupić może w ten bardzo konkretny sposób pomóc zwierzętom.

Przy okazji Pani pytania przypomniał mi się wiersz Michała Zabłockiego:

POETA

Poeta, to jest osoba,

której nieobojętne są losy małych muszek.

Ale jedna rzecz,

jaką może dla nich zrobić,

to ewentualnie się upić

i co najwyżej zapłakać.

To takich poetów, to ja nie lubię.

- Wróćmy jeszcze na zakończenie do poezji śpiewanej. Czy to nie jest według Pani doskonała odskocznia od szybkiej codzienności, miejsce na odczucia i uczucia? Dlaczego z poezją jest nam dobrze?

Ludzie chcieliby mieć coś stałego, coś pewnego, coś nieprzemijającego, chcieli by coś wiedzieć na pewno, coś czuć na pewno, albo na zawsze, ale wszystko podlega ciągłym przemianom i wymyka się spod kontroli, nad niczym nie można zapanować,  jest ciągła tymczasowość. W takiej sytuacji jedynym wyjściem by zupełnie  nie zwariować jest się na chwilę zatrzymać, nawet jeśli wiemy, że zatrzymać się nie da.   

Z Agnieszką Chrzanowską rozmawiała Joanna Daniło

SESJA

Stylizacja: Tomek Józkowy - Gąsienica/ NATASHA PAVLUCHENKO

Makijaż: Aleksandra Gruszka

Fotografia: Arkadiusz Sędek

Tylko zarejestrowani użytkownicy portalu sophisti.pl mogą komentować publikowane treści.
Jeśli posiadasz konto sophisti.pl zaloguj się aby dodać komentarz.
Posiadacze kont FB mogą korzeystać z funkcji szybkiego logowania Zaloguj przez Facebook

Komentarze użytkowników sophisti.pl