Felietony i Porady

Magdalena Milhoux Magdalena Milhoux Niecierpliwa baba, czyli co nie przystoi gościowi w obcym kraju...

Niecierpliwa baba, czyli co nie przystoi gościowi w obcym kraju...

Radom ma, podobno, swoją chciwą babę .Hajderabad mu najwyrazniej pozazdrościł i na świat wydał własną babę, wprawdzie nie chciwą, ale upierdliwie niecierpliwą.

Baba ta wlazła do lokalnego Urzędu Emigracyjnego o 15:16 w ubiegły czwartek. Ubrana w musztardową bluzkę i złote klapki wkroczyła pewnym krokiem do zapyziałego budyneczku na starym lotnisku. Cel jej wizyty: odbiór paszportu z przedłużoną wizą pobytową.

W ręku baba dzierżyła biały świstek, który nakazywał stawienie się przy stanowisku nr 10 o 15:00.
Baba obawiała się, że 16-sto minutowe spóznienie zostanie przez indyjskie władze uznane za afront, a afrontu baba winną być nie chciała. Grzecznie więc odebrała papierowy numerek i z pewną dozą nieśmiałości przycupnęła na plastikowym krzesełku. Z lewej strony baby siedział przemrożony do szpiku kości  Chińczyk. Pobladły nieco od podmuchu emigracyjnego klimatyzatora trząsł się biedaczysko okrutnie. Po prawej stronie baby siedziała wielka jak góra Holenderka. Znudzona czekaniem zawzięcie zdrapywała stary lakier z paznokci.

Baba zerknęła na ekranik, zobaczyła, że numerków wywoływać nie zaczęto i zaczytała się w swojej książce. Książce mądrej, która tłumaczy dlaczego w Indiach jest tak a nie inaczej.

W tym samym czasie, 50 metrów od budyneczku, w żółtym tuk-tuku siedział sobie rikszarz. Siedział i, w niemiłosiernym upale popołudnia, cierpliwie czekał na babę. Baba wytrzymała 15 minut, a potem wstąpił w nią diabeł.

Najpierw zrugała pana na stanowisku nr 10 za milczący ekran. Pan odpowiedział, że podpisywanie papierów zajmuje czas. Ile czasu? - zapytała baba.  Jeszcze godzinę -odpowiedział pan.

Baba za wygraną nie dała. Fukając i kręcąc głową podeszła do informacji. Tam, już podniesionym głosem, czepiła się, że świstek mówi o 15: 00, a nie między 15:00 a niewiadomo którą.

Pan się skłonił, pokiwał głową i powiedział: podpisywanie paierów zajmuje czas.

Baba usiadła, pogadała do siebie, zaplotła ręce na brzuchu i zaczęła ryczeć.

Krzyczała na tłumek przy stanowisku nr 10, że  to nie pustynia i każdy ma czekać na swoją kolej. Krzyczała na zmarzniętego Chińczyka, że nie protestuje. Prychała, fukała i piszczała do zakutanych w hijaby Arabek, że to skandal. Z rękawa wyciągnęła wizytę w szpitalu, a jak to nie poskutkowałao dziennikarską akredytację Huffington Post.

Baby ludzie zaczęli żałować. Podchodzili, klepali po musztardowym ramieniu i tłumaczyli, że baba jest przecież w Indiach.

Nie  interesuje mnie czy to są Indie czy Honolulu. Zasady muszą być. Mam numerek D92!-darła sie w niebogłosy baba.

W końcu coś w babaie jęknęło, zakłuło i ... pękło. Najpierw pobladła, potem ogłuchła, a w końcu oślepła i rzuciła się na ladę informacji. Babsko zakrzyczało, zapłakało i z furią podarło papierowy numerek D92, bo o numerek przecież chodziło, a potem z zaciśniętymi zębami cisnęło świstkiem w siną dal. Papierek daleko nie uleciał, ale pech chciał, że na  trajektorii jego lotu znalazł się, nota bene bardzo uprzejmy, pan z informacji. W panu zawrzało curry z lunchu, zagotowały się dosy ze śniadania, rozpiął się guzik przy kołnierzyku.

Zamach na urzędnika państwowego - krzyczał. Baba mnie pobiła, mam świadków! Zbegli się inni panowie, zakwefione Arabki zagulgotały i ucichły, a baba dostała ostrzeżenie. Dostała też swoją wizę. Babie opadły ze wstydu ramiona, skuliła się w swojej musztardówce i  schodząc ze sceny po cichutku przeprosiła.
Czy babę spotkała kara?

Bohaterka w biurze, dała się naciągnąć cwanemu rikszarzowi płacąc trzy razy tyle ile powinna, a urzędnicy emigracyjni wciągneli ją najprawdopodobniej na czarną listę. Oj będzie się baba musiała następnym razem złożyć jak scyzoryk, żeby móc Indiami pocieszyć się kolejny rok...

Jaki z tego morał? 

Żaden, ale za to przestroga dla  innych.

Łatwo zapominamy, będąc gośćmi w innych krajach, że nie wszędzie panuje taka sama mentalność, że nie wszędzie panuje taka sama logika. Nie należy nam się więc więcej i lepiej od innych tylko dlatego, że mamy na sobie jeansy zamiast kurty, tylko dlatego, że mamy inny kolor skóry.

Pochodzimy z kraju gdzie pewne rzeczy są nie do pomyślenia?
No i cóż z tego? Co kraj to obyczaj.

Tyle razy byłam świadkiem głupiego pieniactwa, puszenia i stroszenia.Tyle razy wstydziłam się za innych...
Szanujmy inne kultury.Napawajmy się innością zamiast probówać ją zdeptać.Przecież inny nie znaczy gorszy.
Indie są jakie są. Urzędy państowe w tym kraju rządzą się swoimi prawami. Nikt się nie spieszy, bo , tak między Bogiem a prawdą, po co?  Przecież szybko nie zawsze znaczy dobrze.

Indie przestaną być atrakcyjne dla nas Europejczyków w momencie kiedy zmienimy je na naszą modłę, kiedy zabraknie krów na ulicach, kiedy zapanuje nagle cisza, kiedy znikną z chodników sterty kokosowych skorup, kiedy  straganiarze przestaną się targować, kiedy wszystko bedzie na czas i wszyscy założą jeansy.

Ta niecierpliwa baba to ja. Ja, osoba, która tak bardzo pokochała Indie, że nie zawahała się tu przenieść całego swojego życia, łącznie z psem. Tak bardzo mi wstyd... Indie, wybaczcie mi proszę dzień świra.
Drodzy czytelnicy, wezcie sobie mój idiotyzm do serca, bo wszem i wobec wiadomo, że wchodząc między wrony, będąc dobrze wychowanym, wypada zacząć kraczeć tak jak one.

0
zdjęć
w galerii

Tylko zarejestrowani użytkownicy portalu sophisti.pl mogą komentować publikowane treści.
Jeśli posiadasz konto sophisti.pl zaloguj się aby dodać komentarz.
Posiadacze kont FB mogą korzeystać z funkcji szybkiego logowania Zaloguj przez Facebook

Komentarze użytkowników sophisti.pl