Felietony i Porady

Katarzyna Frąckowiak Katarzyna Frąckowiak 4 Dni Muzyki Ekscentrycznej - koncert CocoRosie

4 Dni Muzyki Ekscentrycznej - koncert CocoRosie

To był czwartek wieczór. Moje urodziny. Mimo, że mieszkam w Trójmieście, pierwszy raz wybrałam się do Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku na koncert uwielbianego przeze mnie CocoRosie. Zespół istnieje od 2003 roku, ale ja jestem ich fanką dopiero od roku. Pamiętam, jak w wakacje siedziałam z przyjaciółką na starym tapczanie mojej mamy i puszczałyśmy sobie muzykę. Pokazała mi wtedy piosenkę ,,Smokey Taboo", w której zakochałam się ,,od pierwszego usłyszenia". Obiecałam sobie wtedy, że chociaż raz w życiu usłyszę ich muzykę na żywo.

Wchodząc na salę Teatru Szekspirowskiego, od razu dało się odczuć genialną atmosferę Szekspira. Wszystko surowe, minimalistyczne i drewniane. W powietrzu unosił się właśnie zapach świeżego drewna. Mimo, że przyszłam na czas, ludzi nie było zbyt wielu. Wybrałam miejsca stojące, gdzie znajdowałam się tuż pod sceną. Podczas oczekiwania na support, za mną zbierało się co raz więcej osób. W końcu zgasły światła, a na scenę wszedł mężczyzna w garniturze. Muszę przyznać, że wcześniej nie znałam Sorne. W ciemności przypominał Nicka Cave'a bez butów, ubranego w garnitur. Na scenie był tylko on i kilka urządzeń. Powoli zaczął wydobywać z siebie różne dźwięki. Bardzo wysokie (wstyd się przyznać, ale na początku myślałam, że zaraz z backstage'u wyjdzie kobieta, która to śpiewa) na przemian z bardzo niskimi. Nagrywał je, odtwarzał i kontynuował czynność, dzięki czemu po chwili tylko jedna osoba stworzyła na żywo niesamowitą i niepowtarzalną formę muzyki, sztuki. Nie da się opisać słowami tego, jak wielkie wrażenie zrobił na mnie, na wszystkich. Publika stała w ciszy, z szeroko otwartymi oczyma, jak zaczarowani wpatrując się w artystę. Takiego czegoś nie da się poczuć, kiedy słuchamy muzyki w domu. Klimat, światła, każdy dźwięk, który sprawiał, że drżała podłoga, a także sam performance artysty. Wrażenie również potęgowało to, że sam wykonawca wczuwał się całym sobą w to, co tworzył. Jego ruchy, taniec, wszystko było zgrane z muzyką. Trzeba mieć niesamowitą odwagę, by przed tak wielką publicznością, będąc na scenie w pojedynkę, poruszać się w ten sposób. Muzyka go niosła. Najlepsze w takich koncertach jest to, że nie da się ich powtórzyć. Wszystko nawet, jeśli jest tworzone schematem, minimalnie będzie się różniło. Na naszych oczach powstaje coś zupełnie niepowtarzalnego.

Po przerwie i niezwykle emocjonalnym koncercie przyszedł czas na gwiazdę wieczoru, zespół Cocorosie. Rozpoczęła go jedna z sióstr, śpiewając do starego telefonu, odgrywając rozmowę z kimś. Światło punktowe sprawiało wrażenie spektaklu w teatrze. I właśnie tym był ich koncert. Nie był to zwykły występ muzyczny. To przeniesienie do innego świata, świata CocoRosie, w którym każdy z muzyków był odrębną postacią.

Dziewczyny odśpiewały w towarzystwie beatboxera Tez'a i innego muzyka kilka piosenek, które również na żywo brzmią zupełnie inaczej, niż na nagraniach. I to w pozytywny sposób inaczej.

Dając im odpocząć, solowy popis dał Tez. Wrażenie było niezwykle surrealistyczne. Światła i charakteryzacja robiły wrażenie jak z horroru. Też był tak ekspresyjny i wydawał z siebie takie dźwięki, że w pewnych momentach czułam się jak na koncercie ebm-owego zespołu Hocico i czekałam, kiedy artysta, podobnie jak kiedyś wokalista wspomnianego zespołu, zacznie uderzać sam siebie mikrofonem po głowie. W pewnych momentach czuć było grozę – zapewne spowodowaną głównie połączeniem charakteryzacji, makijażu nadającego jeszcze mroczniejszego charakteru wykonawcy, i świateł.

Najpiękniejszym fragmentem koncertu był moment, kiedy Sierra śpiewała z przejęciem piosenkę ,,We Are on Fire" i nagle zaczęły rozwiewać się jej włosy. Początkowo sprawiało to wrażenie zaplanowanego zabiegu scenicznego jak również to, że śpiewając, patrzyła do góry.

W pewnym momencie publiczność poczuła chłód na ciałach i powoli, niemalże w zwolnionym tempie, głowa jedna po drugiej rozpoczęły obracać się do tyłu, unosić oczy w górę. Dach teatru zaczął się otwierać. Moment był niezwykle magiczny, a widok zachmurzonego, ciemnego nieba, z drobnymi gwiazdami, idealnie uzupełniał całokształt. Dach, co prawda, trzeba było chwilę później zamknąć z powodu deszczu, jednak emocje wśród publiczności sięgnęły zenitu. Widać było, że udzieliły się również artystom.

Innym, ciekawym i zaskakującym momentem było pojawienie się niespodziewanie artysty na scenie, który nie należał do zespołu. Również tutaj CocoRosie balansowało na granicy sztuki i kiczu. Podczas jednej z piosenek zza kulis wyłonił się mężczyzna ubrany w prześcieradło w wielkie, kolorowe kropki, czymś na wzór firany na twarzy i w czapce policyjnej. Dopóki nie zaczął śpiewać, „duch policjanta” budził mieszane uczucia. Ulotniły się one jednak, jak tylko wydał z siebie pierwsze dźwięki. Ludzie zastanawiali się, dyskutowali między sobą, kim on jest. Osobiście postawiłam na supportującego Sorne. Do tego zapach topiącego się plastiku i dziewczyny w kreacjach niczym lalki tworzyły w połączeniu wrażenie powrotu do dzieciństwa.

Ilu słów bym nie użyła, takiego wieczoru nie da się opisać. Oglądanie relacji video też nie oddaje całości, natomiast z całego serca polecam udział w takich imprezach. Byłam na wielu koncertach, ale to był jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy. Mieszanka kiczu i sztuki, niczym zespół Zoey Deschanel w filmie Yes Man, niespodziewane momenty oraz świetna muzyka tworzona na żywo.

Fot. Bartłomiej Wutkowski.

6
zdjęć
w galerii

Tylko zarejestrowani użytkownicy portalu sophisti.pl mogą komentować publikowane treści.
Jeśli posiadasz konto sophisti.pl zaloguj się aby dodać komentarz.
Posiadacze kont FB mogą korzeystać z funkcji szybkiego logowania Zaloguj przez Facebook

Treść nie była komentowana, bądź pierwszy !