Felietony i Porady

Fiolka Najdenowicz Fiolka Najdenowicz Blaski i cienie wielkiej metropolii

Blaski i cienie wielkiej metropolii

 

 

Przeczytałam ostatnio na jednym z polonijnych portali, że jakiś łosiu (nasz rodak zresztą) zamieszkały w Fulham wynajmuje pokój, wyłącznie kobietom, za jedyne 10 funtów tygodniowo. Było to zbyt piękne, aby było prawdziwe, więc kontynuowałam lekturę i rzeczywiście, wymagania miał co najmniej osobliwe. Otóż, wspomniany łosiu oczekiwał codziennego sprzątania, a pod koniec dnia – dostarczenie mu swojej bielizny osobistej w postaci gaci. Używanych.

No więc mili Państwo, jak się domyślacie – pragnę w tym felietonie poruszyć kwestię londyńskich cen, gdyż dostaję mnóstwo pytań na ten temat. Służę więc wiedzą zdobytą na podstawie osobistych obserwacji. Gdy człowiek pracuje nawet za minimalną stawkę, czyli 7,20 funta/h – jest w stanie sobie wynająć pokój, który kosztuje 120-150 funtów na tydzień. Wszystko poniżej tej kwoty brzmi podejrzanie i w praktyce oznacza, że: może to być tzw. „box room”, czyli przerobiona na pokój garderoba; może się okazać, że w pomieszczeniu jest grzyb; istnieje możliwość, że razem z nami w domu mieszka jeszcze jakieś osiem lub więcej osób i codziennie rano trzeba będzie staczać bitwę o łazienkę.

Cena zawiera opłaty za prąd, internet i inne pierdoły i człowiek nie musi zawracać sobie nimi głowy. Niektórzy rodacy bawią się w landlordów, wynajmują całą chałupę z zamiarem podnajmowania pokoi, po czym nie śpią po nocach, gdy ktoś się wyprowadzi. Martwią się, czy znajdą na jego miejsce kogoś innego, bo opłaty płacić trzeba. Wszyscy w Londynie bowiem bez przerwy się przeprowadzają, w zależności od tego gdzie znajdą pracę. Nikomu nie uśmiecha się dwugodzinny dojazd do roboty.

Zarobiony przez nas hajs wystarczy również na przejazdy komunikacją miejską, która jest najdroższa na świecie. Ja będąc skąpiradłem – kupuję sobie London bus pass na tydzień za 21,20 i mam spokój. Metrem poruszam się rzadko, poza tym jest dwa razy droższe niż autobusy.

Kolejny wydatek to jedzenie. Gdy po raz pierwszy wlazłam do spożywczaka – oko mi zbielało. Żarcie jest drogie, za to można znaleźć praktycznie wszystko. Londyn jest kulinarnym rajem. Na szczęście – znalazłam robotę w gastronomii, a gdy się pracuje w gastro, czy w hotelarstwie, to człowieka karmią, co pozwala zaoszczędzić mnóstwo forsy. Kupuję tylko rzeczy na śniadanie, kawę, itp.

Kosmetyki kosztują dokładnie tyle samo, co w Polsce, poza kolorówką. Panowie niebędący transwestytami nie mają więc problemu, panie zaś muszą robić bardziej przemyślane zakupy, a same wiemy, jak to jest (te miliony szminek, których potem nie używamy, wiecie o co chodzi, dziewczęta). Ciuchy natomiast są tańsze niż w Ojczyźnie i dużo ładniejsze, niż np. w Sztokholmie, czy Berlinie ale modzie zamierzam poświęcić oddzielny artykuł.

Palacze mają przerąbane, bo paczka fajek kosztuje 10 funtów. Ja swoje kupuję u pana Wojteczka, oczywiście szmuglowane. Wszyscy rodacy tak robią.

Reasumując – nie ma potrzeby zamieszkiwać u jakiegoś zboczeńca. A w momencie, gdy człowiek przestanie zarabiać minimalną stawkę – można nawet zacząć oszczędzać, np. na super wakacje.

 

0
zdjęć
w galerii

Tylko zarejestrowani użytkownicy portalu sophisti.pl mogą komentować publikowane treści.
Jeśli posiadasz konto sophisti.pl zaloguj się aby dodać komentarz.
Posiadacze kont FB mogą korzeystać z funkcji szybkiego logowania Zaloguj przez Facebook

Treść nie była komentowana, bądź pierwszy !