Felietony i Porady

Joanna Daniło Joanna Daniło Obrazy z Wajdy

Obrazy z Wajdy

 

Gdy usłyszałam, że Andrzej Wajda odszedł, zaczęłam szukać karteczki, na której zapisałam jego słowa, wypowiedziane z wielkim przekonaniem, w jednym z wywiadów. Przyznam, że bałaganiarsko i spontanicznie utrwalam to, co jest według mnie ważne i bliskie w życiowej mądrości innych. Wywróciłam więc wszystkie szuflady, teczki, torebki, notatniki, stare pisma, bo nie pamiętałam na czym to zapisałam. Trwało to kilka godzin i w tym właśnie czasie zobaczyłam w mojej pamięci obrazy z filmów Wajdy.

Pierwszy to kiedy rodzice nie pozwolili mi oglądać filmu „Kanał”(1956), byłam bardzo zawiedziona, pamiętam, że w pokoju obok, próbowałam sklecić coś z dialogów. Po latach zrozumiałam, że byłam po prostu za mała.

Kolejny obraz to słynna scena, gdy Maciek Chełmicki zapala kieliszki ze spirytusem za poległych kolegów, w filmie „Popiół i diament”(1958), według prozy Jerzego Andrzejewskiego. Zawsze w tym czasie tata nagle wychodził, a mama płakała. Wiedziałyśmy, że chciał ukryć łzy. Teraz za każdym razem gdy oglądam tę scenę, to ja mam mokre oczy. Z dwóch powodów: wspomnień o rodzicach, których już od dawna nie ma i z beznadziei polskiego losu, pokazanego tak głęboko przez Andrzeja Wajdę i ulubionego aktora mojej starszej o 13 lat siostry. Nosiła takie okulary jak Zbigniew Cybulski, a ja jej zazdrościłam. We wspomnieniach wszystko zlewa się w jedno.

Uwielbienie do Cybulskiego przeniosło się też na mnie, a film „Wszystko na sprzedaż”(1968) był przez całe jego trwanie czarem, który miał sprawić, że aktor cudownie ożyje, a to oczekiwanie na jego pojawienie się, nie jest sennym marzeniem. Zostało oczarowanie Elżbietą Czyżewską.

„Wesele”(1972) to moja miłość do postaci Racheli, trochę nawiedzonej jak ja. No i do Mai Komorowskiej.

Genialna „Ziemia Obiecana”(1974), działała na mnie jak muzyka. Wszystko tak płynnie połączone: aktorzy, scenografia, dialogi, muzyka, miasto. Ogląda się go jakby tańczyło się walca o Łodzi. Andrzej Wajda opowiadał, że w Hollywood pytali go ile kosztowała taka wspaniała scenografia. A tu Łódź ze swoimi pałacami, ulicami po prostu zaczekała na reżysera. Pszoniak, Olbrychski, Seweryn i cała plejada wspaniałych aktorów też.

„Człowiek z marmuru”(1976) przypominał mi los mego taty, którego chciano wsadzić na wysokie stanowisko w firmie i naciskano aby zapisał się do partii. Nigdy tego nie zrobił i mama zawsze zarabiała więcej od niego. Pamiętam, że zapraszano go ze mną, do pięknego domu pewnego pana, który choć miał polskie nazwisko, zaciągał po rosyjsku. Bardzo cieszyłam się, gdy mama mnie stroiła, bo dostawałam tam wspaniałe paczki z pomarańczami, czekoladami. Nie potrafiłam tylko zrozumieć, dlaczego szykując mnie do wyjścia, nigdy nie była zadowolona jak ja, a tata był nawet zmartwiony. Pewnego razu powiedział, że ten, według mnie miły pan, nie jest wcale taki najgorszy, bo jeszcze ma pracę… Znowu uświadomiłam sobie wszystko, gdy do tego dorosłam.

Potem były „Panny z Wilka”(1979) i znowu skojarzenia z życia rodem. Nastrój starych domów i zjazdów, przyjazdów rodzinnych. I ciocia, w której kochali się wszyscy panowie, a nawet chłopcy. Na spotkaniach w różnych rodzinnych konfiguracjach, zawsze ktoś o tym wspominał. A ciocia kochała tego jedynego, który nie obszedł się z nią dobrze i została sama. Taki Daniel Olbrychski w spódnicy. Tak, „Panny z Wilka” są niezwykle nastrojowym filmem i przypominają mi zawsze dzieciństwo, może dlatego stały się moim ulubionym.

Gdy wiadomo było, że Andrzej Wajda będzie kręcił „Pana Tadeusza”(1999), bardzo się bałam, bo nie wierzyłam, że da się go dobrze zrobić w ogóle. Taka presja narodowego poematu, króla lektur szkolnych. Były dyskusje, czy Telimeną ma być Joanna Szczepkowska, czy Grażyna Szapołowska, a nieznany tytułowy Tadeusz nie wyglądał na pana. Szłam do kina z wielkiej ciekawości i z sercem na ramieniu. Warto było, bo tak często niechciana i nudna lektura, dostała rumieńców, a nawet czarowała oglądających. I ten polonez.

Potem był „Katyń”(2007), tak twardy film, że obejrzałam go tylko raz. Straszne było, wydawałoby się bezsensowne, przerwane strzałem w tył głowy życie tak wielu. Martwa cisza, taka beznadziejność i nieuchronność losu polskich oficerów. Pamiętam gdy czytałam książkę o Katyniu, która krążyła w tajemnicy i nie z każdym można było o niej rozmawiać. Film potęguje to wyobrażenie i przeraża, prostotą zabijania, w tej pokrętnej ideologii.

W „Tataraku”(2009) też znajduję fatum, które rwie życie, które mogłoby się dopiero zaczynać na nowo. Film utwierdził mnie w przekonaniu, że trzeba cenić i cieszyć się każdą chwilą i doceniać małe rzeczy. Pamiętam kiedy w jednym momencie zmienia się wszystko, kończy się wszystko… Czy da się coś zacząć na nowo? Klaps.

Czekam na „Powidoki”(2016), wiem, że będzie filmem przejmującym. Oglądając go, pamiętajmy o tym że działo się tak w rzeczywistości, że władza decydowała jaka ma być sztuka. Andrzej Wajda kończy mocnym akcentem i chyba przestrogą. Przyjmijmy ją.

Dziękuję za wszystkie obrazy.

A teraz wrócę do karteczki, którą znalazłam:

„Nie chciałbym aby takie nacjonalistyczne łatwe slogany, zamazały nam rzeczywistość” – Andrzej Wajda.

 

 

0
zdjęć
w galerii

Tylko zarejestrowani użytkownicy portalu sophisti.pl mogą komentować publikowane treści.
Jeśli posiadasz konto sophisti.pl zaloguj się aby dodać komentarz.
Posiadacze kont FB mogą korzeystać z funkcji szybkiego logowania Zaloguj przez Facebook

Treść nie była komentowana, bądź pierwszy !