Twoja przeglądarka nie posiada wtyczki pozwalającej na oglądanie elementów w tej technologii.
Aby pobrać wtyczkę przejdź pod adres:
http://get.adobe.com/flashplayer/
Jacques Polge - wywiad z "Nosem" firmy Chanel
Portal “Sophisti.pl” i magazyn “Exklusiv”, jako jedyni przedstawiciele mediów z Polski, spotkali się i rozmawiali o tworzeniu zpachów z “Nosem” marki Chanel - Jacques'em Polge ...
Hanna Rydlewska – redaktor naczelna magazynu Exklusiv i Robert Krupiński – szef działu reklamy portalu Sophisti.pl, spotakli się w Francji, na polach jaśminowych, z Jacques’em Polge, twórcą zapachów Chanel, aby odkryć najskrytsze tajemnice tworzenia zapachów tej firmy...
Rozmawiała: Hanna Rydlewska – redaktor naczelna magazynu Exklusiv
Zdjęcia: Robert Krupiński – manager reklamy portalu Sophisti
"Anatomia zapachu"
Nosa nie można wyćwiczyć jak mięśni na siłowni. Trzeba go tylko mądrze używać: wąchać świadomie, z premedytacją wdychać świat – twierdzi Jacques Polge, Apollinaire perfumiarstwa, który od lat stoi na straży legendarnych zapachów Chanel i wciąż kreuje nowe, które szybko zyskują status kultowych. To on odpowiada za kolejne inkarnacje No.5, na przykład za najmłodszą w rodzinie Eau Premiere. Jego dziełem są także między innymi: Coco Chanel, Coco Mademoiselle czy Allure Homme. Jak nikt na świecie, zna zasady „gramatyki stylu” Gabrielle Chanel. W słynącym z perfumiarskich tradycji Grasse udzielił mi szybkiej lekcji.
Na pole jaśminu trzeba się wybrać o świcie. Kwiaty rozwijają się w nocy, a dzienne światło stopniowo je zamyka. Plantacja, którą odwiedziłam przed wywiadem z Jacques'iem Polgem, to od lat własność tej samej rodziny. Piaszczysta droga oddziela zagony jaśminu od pola róży majowej. W fluorescencyjnych kozakach z logo Chanel przedzierałam się przez pachnące krzaki, a nestor rodu opowiadał mi o niuansach hodowli kwiatów. Asystowałam też przy ważeniu całodziennych zbiorów – rekordzistka w ciągu kilku godzin zebrała aż 7 kilogramów kwiatów jaśminu. Około południa, kiedy na polu zaczęło operować słońce, przenieśliśmy się do pobliskiej fabryczki. To tam trafiają zebrane kwiaty, które gotuje się następnie w olbrzymich kotłach i wyciska z nich cenny ekstrakt zapachowy. Produkt finalny przypomina toffi i jest przechowywany w niewielkich puszkach. Objaśnienie zachodzących wokół kwiatów procesów chemicznych nie rozwiązuje jednak zagadki powodzenia perfum, przygotowywanych z tego „toffi”, między innymi Chanel No.5. To już nie chemia, ale alchemia. Główny alchemik marki, Jacques Polge, czekał już na mnie w namiocie, rozstawionym tuż obok kwiatowego pola. Po parysku szykowny, w kapeluszu typu panama i okularach przeciwsłonecznych, opowiedział mi o tym, czym jest kreowanie perfum. Po angielsku, ale z uroczym francuskim akcentem.
Wiem o pana uwielbieniu dla poezji. Porównał pan kiedyś kreowanie perfum do pisania wierszy. Zapach, który jest poezją – co to dla pana oznacza?
Perfumy są dla mnie rodzajem języka, w którym nie ma słów ani obrazów. W tym sensie są zatem formą poetycką. Powiedziałem kiedyś dokładnie, że perfumy mogą być poezją mody. Relacja pomiędzy zapachem a modą jest skomplikowana, ale głęboka, szczególnie w ujęciu Chanel. Na przykład zapach Chanel No. 5 był fragmentem wizji Mademoiselle, integralnym elementem jej projektów. W sposób nieuchwytny, trochę magiczny czy abstrakcyjny. Stąd skojarzenie z poezją.
Poezja, którą pan kocha?
Cóż, czytam jej tak dużo, że ciężko byłoby mi wskazać ulubionego autora.
To może inaczej: kogo pan ostatnio czyta?
Rilkego. Znowu do niego wróciłem.
W jednym z wywiadów powiedział pan także, że każda marka ma swoją płeć. A Chanel jest oczywiście kobietą, jednak w specyficzny sposób, według subiektywnej interpretacji Mademoiselle. Jakiej?
Chanel to prawdopodobnie jedyna taka marka mody, która nie kreuje mody męskiej. Dlatego nazwisko Chanel ma w stu procentach kobiece konotacje. Kiedy kreuje się perfumy dla kobiety, jednym z pytań, z którym trzeba się zmierzyć, jest: Ile męskości należy w takich perfumach uchwycić, ile pierwiastka męskiego do nich dodać, żeby ich kobiecość wybrzmiała jeszcze mocniej? Męskie nuty mają eksponować wyłącznie damski charakter zapachu.
Inne pytanie, z którym pan, jako strażnik tradycji Chanel mierzy się ciągle, brzmi: Jak tworzyć nowoczesne zapachy, które w wyraźny sposób nawiązują jednak do przeszłości?
Nigdy nie działa się w pustce. Przy tworzeniu perfum nie można „tworzyć z niczego”. W każdym zapachu jest nawiązanie do tego, co już było. Zmieniają się same aranżacje. Cała sztuka polega na takim zinterpretowaniu klasyki, takim wykorzystaniu klasycznych elementów, żeby wypadły one świeżo.
Eau Premiere to najmłodsze wcielenie No. 5. Jaka jest podstawowa różnica pomiędzy tymi zapachami?
Stworzyłem Eau Premiere, ponieważ spotkałem wiele kobiet, które mówiły mi, że ubóstwiają No.5, że podoba im się cała filozofia marki, ale – mimo to – że to nie jest zapach dla nich.
Dlaczego?
Nie mam pojęcia (śmiech). Zapewne ma to związek z poezją, o której rozmawialiśmy na początku. Eau Premiere to współczesny poemat dla tych kobiet, które z jakiejś przyczyny nie czuły, że No. 5 do nich pasuje. W kilku słowach powiedziałbym, że jest świeży, młody, bardziej przezroczysty.
Nowoczesny?
Tak, chociaż byłbym ostrożny z etykietkami. Nie chciałbym, żebyśmy doszli do konkluzji, że No. 5 nie jest nowoczesnym zapachem. Trzeba pamiętać o kontekście, w którym ten zapach został stworzony. To była totalna rewolucja! Mogę co najwyżej przyznać, że Eau Premiere nosi się łatwiej niż No. 5.
Czy coś się zmieniło w procesie produkcji? Podobno w formule wymyślonej przez Ernesta Beaux tysiąc kwiatów jaśminu składało się na 30 mililitrów ekstraktów.
Jednym z powodów, dla których dzisiaj tutaj jesteśmy, jest chęć utrzymania formuły w niezmienionej postaci, ochrony przed zmianami, z powodu których perfumy mogłyby stracić swoją jakość.
Wierzy pan, że każdy zapach jest powiązany z konkretnym miejscem, że powinien przenosić nas w przestrzeni. W jaką podróż zabiera nas Eau Premiere?
Kiedy wącha się nowy zapach, od razu można powiedzieć, dokąd on nas prowadzi. To bardzo osobiste doznanie. Nie zawsze musi się zgadzać z tym, co miał na myśli kreator tego zapachu. Nie do wszystkich miejsc chce się wejść, mimo że trop zapachowy właśnie do nich zmierza. Coco prowadzi nas aż do Wenecji. Z Eau Premiere, podobnie jak z No. 5, jest się w Paryżu.
W jakiej dzielnicy?
Z Eau Premiere? Zdecydowanie Saint-Germain-des-Prés. Niezbyt daleko od placu Vendome, od Rue Cambon.
W przypadku serii Les Exclusifs inspirował się pan z kolei miejscami ważnymi dla Mademoiselle, meblami, dodatkami, podróżami, które jakoś na nią wpłynęły, prawda?
Niezupełnie (śmiech). Każdy zapach z serii miał osobną ideę. Dostałem nazwy, których jednak nie przyporządkowano konkretnie. Dopasowałem gotowe nazwy do zapachów, musiałem zdecydować, który zapach pasuje do którego słowa lub wyrażenia. Same nazwy wpisują się w ducha Chanel, nawiązują do tradycji, którą zapoczątkowała Mademoiselle, a więc i do jej życia. W maksymalny sposób – 31 Rue Cambon, nazwa perfum z serii Les Exclusifs, to też magiczny adres od 1921 roku przypisany Gabrielle Chanel.
Chciałabym, żeby wyjaśnił nam pan, czym jest haute parfumerie. Jeśli zapachy z popularnych drogerii to prêt-à-porter perfumiarstwa, to czym jest dzisiaj perfumiarstwo z najwyższej półki?
Nie przepadam za określeniem haute parfumerie. Termin haute couture egzystuje i bardzo dobrze. W przypadku perfum wydaje mi się to przesadą. Nie ma czegoś takiego jak haute parfumerie. Są tylko dobre perfumy i złe perfumy.
Jednak ten termin także funkcjonuje, jest stosowany nawet „w branży”.
Co to pani zdaniem oznacza?
Chodzi zdaje się o zapach, który jest spersonalizowany, który jest skrojony na miarę. Nie jest wytworem masowej produkcji.
Dobrze, znam określenie haute parfumerie, ale go nie lubię. Jedynym kryterium podziału powinna być siła zapachu. No. 5 to genialne perfumy i nie chcę się zastanawiać, jak powinno się je zaklasyfikować.
Pięć to była szczęśliwa liczba Gabrielle Chanel. Pan też ma swój magiczny kod?
Nie mam, chociaż myślę, że piątka nie jest zła (śmiech).
A wie pan, dlaczego akurat piątka była ważna dla Mademoiselle?
Miało to związek z astrologią, ze znakami zodiaku. Jednak nazwa No. 5 wzięła się z przypadku – to był akurat piąty zapach do wyboru. To, że była to przy okazji jej szczęśliwa liczba, stało się dodatkowym argumentem. Sama nazwa perfum była niezwykła – nigdy wcześniej nie nadawano zapachom abstrakcyjnych „imion”. A Mademoiselle miała wiele magicznych liczb: 19, 22... Była bardzo uduchowiona. No. 5 to mistyczny wręcz zapach, dlatego nie ma się co dziwić, że obrasta w legendy. Dzisiaj ciężko już powiedzieć, co jest prawdą, a co mitem.
Dorastał pan na południu Francji, otoczony polami jaśminu. Jakoś to na pana wpłynęło?
W czasach mojej młodości wszystko wyglądało inaczej, lepiej. W powietrzu unosił się wtedy oszałamiający zapach jaśminu. Kiedy jechało się z Grasse do Cannes i zatrzymywało na chwilę na stacji benzynowej, żeby zatankować, właściciel takiej stacji potrafił wręczyć klientowi kwiaty zerwane przed chwilą. Ta kultura już zanika.
Skąd te zmiany?
Przemysł funkcjonuje inaczej. Rocznie produkujemy tutaj 20 ton kwiatów jaśminu. W złotych czasach, pięćdziesiąt lat temu, na południu Francji ta liczba była dziesięciokrotnie wyższa. Z jakichś względów ludzie sprzedali swoją ziemię, która poszła pod budowę. Koszty pracy są tutaj wyższe niż w innych krajach. Masowa turystyka opanowała ten region. Hodowla jaśminu na dużą skalę przeniosła się do Egiptu oraz Indii. Wielka produkcja róż to Turcja oraz Bułgaria. Tym bardziej trzeba pielęgnować stare francuskie tradycje, wspierać rodzinne plantacje kwiatów. Z taką właśnie współpracujemy jako Chanel. Obawiam się, że gdybyśmy przestali używać jaśminu do produkcji perfum, tutejsze plantacje także by się zamknęły. Mam nadzieję, że to nigdy nie nastąpi!
To teraz czas na filmową historię. Kojarzy pan oczywiście film Pachnidło Toma Tykwera na podstawie powieści Patricka Süskinda, który opowiada o młodym mężczyźnie opanowanym obsesją na punkcie wymyślenia idealnego zapachu. Widział go pan?
Tak, ale nie podobał mi się za bardzo. Oprócz ostatniej sceny, w której wszyscy są nago (śmiech). Zdecydowanie wolę książkę. Preferuję pracę własnej wyobraźni.
Czy to prawda, że Tom Tykwer uczył się tutaj, w Grasse, sztuki robienia perfum?
Być może. Wiem na sto procent, że tak właśnie robił autor książki. Ale sam osobiście nie poznałem żadnego z nich.
To pytanie poboczne – czy uważa pan, że No. 5 jest zapachem idealnym?
Czy w ogóle można mówić o perfekcyjnym zapachu? Można być blisko ideału, ale przecież ten ideał cały czas się zmienia.
Spodziewałam się, że tak pan powie. Właściwie trochę pana prowokuję.
Ideał, perfekcja – to w perfumiarstwie nie istnieje. Powiedzieć o jakimś zapachu, że jest dobry, jest dla niego największym komplementem. Czy to pani zdaniem za mało? Tam, gdzie do głosu dochodzi gust, nasz prywatny smak, tam właśnie kończą się definicje.
W takim razie skąd cały mit No. 5, dlaczego to zapach, który wzbudza aż takie emocje?
Powodów jest wiele. Po pierwsze, to były pierwsze perfumy, które były sygnowane przez projektantkę. W dawnych czasach perfumiarstwo i krawiectwo działały osobno. Współcześnie większość perfum na świecie jest sygnowana przez domy mody. Po drugie, sam zapach jest niezwykły. Nieoczywisty, nie tak intensywnie kwiatowy jak zapachy retro. Kształt butelki, bardzo nowoczesny i minimalistyczny – to także odegrało swoją rolę. Jakość tych perfum, ich „praca” z ludzką skórą. Zawsze powtarzam, że to gramatyka stylu Mademoiselle Chanel.
Marilyn Monroe też przyczyniła się do podsycenia legendy zapachu. To ona powiedziała, że uwielbia spać wyłącznie w kilku kroplach No. 5. Jeśli pan miałby powiedzieć, w jakich perfumach położyłby się do łóżka?
Wolałbym położyć się do niego z Marilyn Monroe (śmiech). A ona mogłaby pachnieć, jak zwykle, Chanel No. 5.
autor Robert Krupiński
CHANEL - pole jaśminowe w Grasse we Francji
Brak komentarzy
Prosze się zalogować aby móc dodawać komentarze.
Artykuły
Twoja przeglądarka nie posiada wtyczki pozwalającej na oglądanie elementów w tej technologii.
Aby pobrać wtyczkę przejdź pod adres:
http://get.adobe.com/flashplayer/